Strona główna
Interaktywny plan miastaNEW !!!
Kazimierz Dolny
Aktualności
Kronika wydarzeń
Muzea, galerie, artyści
Hotele, Pensjonaty
Restauracje, Bary, Puby
Trasy turystyczne
Historia, Zabytki
Miasta partnerskie
Urząd Miasta
Wieści z Gapiej Góry
Linki, sznurki, troczki..
Kazimierz - Notatnik
KazimierzDolny1 - noclegi
Kazimierz - w internecie
Portal Kazimierza Dolnego
Archiwum artykułów 2004
prowadzenie strony
i zdjęcia:
Stefan Kurzawiński


W KAZIMIERZU DOLNYM
Konrad Nawrocki

Album zawiera bogaty 
zbiór zdjęć starego Kazimierza
najwybitniejszych polskich
artystów fotografików


Leszek Długosz

© Copyright by
STUDIO Art & Design

NR1

GALERIA: Stanisław Jan Łazorek. Moja miłość z Kazimierzem nad Wisłą.

Stanisław Jan Łazorek
fot: Włodzimierz Gniew - Grochocki
Powiększ obrazek!!! Moja miłość z Kazimierzem nad Wisłą jest bardzo młoda i taka zawsze pozostanie. Bo przecież on mnie przeżyje i oby przeżył jeszcze dziesiątki malarzy z coraz to nowych pokoleń. Ba, że zakochałem się w Kazimierzu, to nic nadzwyczajnego, ale że on we mnie? A skąd wiem o tym? Otóż wiem z tego, jak się objawia w moich obrazach o nim. I dlatego właśnie napisałem: "Moja miłość z Kazimierzem", a nie jest to miłość jednostronna, zaraz udowodnię. Zaczęło się to wszystko w roku 1961, kiedy jeszcze jako student Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie przyjechałem w lecie do Kazimierza na dwa tygodnie, z moją przyszłą żoną (pierwszą). Ot, dłuższa wycieczka, bez żadnego specjalnego celu, ażeby być we dwoje gdzie indziej, niż w Warszawie. O Kazimierzu wiedziałem wtedy niewiele, tyle, że tam jeszcze przed wojną przyjeżdżali malarze. Byłem też pod wrażeniem wstrząsającej noweli Świętochowskiego "Chawa Rubin". Niestety, w Kazimierzu "Chawy Rubin" nie zobaczyłem już ani jednego Żyda z pejsami, jedynie stare, drewniane domy po nich. Lecz od razu to miasteczko z prawdziwym rynkiem o kocich łbach i ze studnią, z jedną renesansową kamienicą naprawdę piękną, z białymi kościołami na wzniesieniach i wzgórzach oczarowało mnie, jakbym znalazł się w jakimś nieznanym mi teatrze. Na domiar było gorąco, powietrze stało senne od rana do wieczora i wszystko jakby zatrzymało się w czasie. Ten sam nastrój, co na Rivierze francuskiej i włoskiej, bo i zamglona Wisła stwarzała złudzenie południowego morza. I tak samo nikomu nigdzie się nie spieszyło, wszystko było senne, gorące, urocze w tym spiętrzeniu zieleni i pięknej architektury renesansowej, razem ze wspaniałymi spichrzami, drewnianymi domami, chatami i zaniedbanymi kamienicami jakże cennymi w swoich wdzięcznych, przeszło trzystuletnich kształtach! (Któraż kobieta mogłaby im dorównać?). I tak zaczęła się moja miłość z Kazimierzem. Postanowiłem wrócić na drugi rok, malować. Przyjechałem sam. Pracowałem w plenerze przez miesiąc, jak urzeczony. Ale już wtedy spostrzegłem, że przyjechałem za późno. Najbardziej intensywna zieleń, najbardziej niebieskie niebo, i najbardziej złote żywe słońce w Kazimierzu daje tylko wiosna. Potem, w czerwcu, już wszystko staje się jednakie, syte, nieżywe, zakurzone, aż do jesieni. Wiosna i jesień to w Kazimierzu pora dla malarza. Przyjeżdżałem już co roku na miesiąc lub dwa i jako pierwszy, i jedyny wystawiałem na rynku swoje obrazy. Nikogo obok mnie! To była nowość. Nad Sekwaną w Paryżu już od kilkudziesięciu lat można był o kupować obrazy, a na drucianym płocie Hyde Parku w Londynie przy Bayswater malarze też już od paru dobrych lat wywieszali w niedzielę przed południem swoje obrazy na sprzedaż,
 
ale ja w Kazimierzu byłem sam, bez konkurencji! Ile przy tym rozmów z różnymi ludźmi prowadziłem: o malarstwie, o sztuce, o życiu, a że czułem, iż to moje nowe malarstwo figuralne, tematyczne, jest bardzo nieporadne, dzięki tym pogawędkom też się przy okazji uczyłem. Oto zakochany w Kazimierzu profesor Edmund John, który przyjeżdża tu co lato od przeszło pół wieku, z wciąż nowymi palindromami, a każdą sytuację potrafi skomentować humorystycznie słowami postaci z Dickensa. Wykładowca architektury, znał cały warszawski świat artystyczny przed wojną, pamiętał m. in., że dzisiejszy Feliks Topolski to był wtedy Feluś Tylpel? "Pamiętniki! Wspomnienia!" tak witam w Kazimierzu profesora Johna co roku, lecz on mi na to odpowiada, niestety, tylko nowym palindromem. (Mówię, że wycofuję się rakiem, bo "raki" to staropolska nazwa tych igraszek słownych). Przez te moje lata na rynku w Kazimierzu sprzedawałem mnóstwo akwarelek, "widoczków z Kazimierza". Szły jak woda. Robiłem je zimą w Warszawie, właśnie w tym celu, bo z olejami było kiepsko. Wciąż jeszcze tkwiłem w abstrakcji i ta moja miłość z Kazimierzem była przez to skażona, niewierna. Było mi ciężko. Czułem, że zabrnąłem w ślepą uliczkę i to, co robię, jest właściwie nieuczciwe. Z abstrakcją więzy słabły a z malarstwem figuralnym szło opornie. Kazimierz nie chciał się poddać. Rozstrzygnięcie, jak to nie raz w życiu bywa, przyniósł przypadek. W 1970 roku trafiłem na długi czas do Londynu, gdzie nastąpił przełom. Poznałem tam Jerzego Z. Kędzierskiego, historyka i literata, urodzonego zresztą w Lublinie, u którego mieszkałem i który mnie żywił znakomicie. Sztuka dla Kędzierskiego, a znał ją znakomicie, była naturalną częścią historii i dlatego w jego "Dziejach Anglii" (Ossolineum) znalazła się m. in. obszerna synteza gotyku. Dodawszy do rozmów z tym niezwykłym człowiekiem to, co zobaczyłem i przeżyłem w wielkich zbiorach obrazów i rzeźby w Londynie oraz w Paryżu (dokąd specjalnie pojechałem), pewnego dnia odczułem absolutną pewność, że do abstrakcji już nie wrócę. Przełom został dokonany. Kazimierz był mój. Kupno starej chałupy na skraju miasteczka i jej przeróbka na obszerną pracownię umożliwiły pobyt w Kazimierzu (po czasie z drugą żoną) od wiosny do jesieni. Niestety, w Warszawie w zimie pracować nie mogę tak, jakbym chciał. Powietrze ma inną aurę, inną konsystencję, odmienne światło, genius loci Warszawy jakże inny jest od kazimierzowskiego, a dobrej starej architektury jakże mało w stolicy. Poza tym, ileż takich dni w zimie, żeby można malować na dworze nie marznąć? Toteż gdzieś po Gwiazdce już narasta tęsknota do wiosny, do Kazimierza. I kiedy wyjeżdżam, to wtedy właśnie jestem w takim stanie, o jakim mówił Rilke, że "zawsze rozpoczynając swoją pracę, musi się osiągnąć na nowo tę pierwszą prawdziwą niewinność". Wrażliwość świeżą, nie stępioną. Tak, tak, wiem, że tak powinno być zawsze, gdy się człowiek zabiera do pracy, ale wtedy, na wiosnę, to uczucie jest najsilniejsze. Mam siły i zapał, chęć i wolę, jakby odrodzone. ..... Całość w wydaniu drukowanym Brulionu